piątek, 31 sierpnia 2018

Spadłam z konia?

Tak, spadłam z konia. Konkretnie z Uranosa. Zdarza się i najlepszym, takie już niestety  uroki jeździectwa. Trzeba być gotowym na to, że nie zawsze jest kolorowo i nie zawsze wszystko się udaje.

Wsiadłam wczoraj rano. Przyznam bez bicia, że kasku nie założyłam.
Uranos nigdy nie brykał, nigdy nie ponosił więc poczułam się pewna siebie. Szczerze mówiąc, uważam, że był to mój błąd, a koń nic nie zawinił.
Obok wybiegu gdzie trzymam konie i gdzie jeżdżę, panowie pracują nad dachem w naszej przechowalni  zawsze z samego rana.
Uranos od początku jazdy zachowywał się nerwowo, co chwilę niespokojnie zerkając w stronę remontu.
Zignorowałam to, uznając, że wymyśla by wymigać się od pracy. Moje nie zwrócenie uwagi poskutkowało szalonym galopem i brykaniem. Przy ostatnim wyrzuceniu nóg w górę, nagle raptownie uskoczył w prawo, a ja poleciałam w lewo wpadając na drewniany słup i później na ziemię plecami. Teraz mam pięknego siniaka na ręce i żebrach. Skręcony i naderwany odcinek szyjny kręgosłupa i stłuczoną klatkę piersiową...

Mówią, że człowiek uczy się  na błędach i powiem Wam, że coś w tym jest. Siedzę w kołnierzu i staram się wracać jak najszybciej do zdrowia :)

2 komentarze: